poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Praca w Hostelu One Sants



Ostatni przystanek mojego prawie półrocznego tripa po Europie. Pobyt we Francji absolutnie mnie wykończył i byłam zmuszona na szybko się spakować i uciekać z domu hosta. Było mi szkoda pieniędzy na spanie w hostelach i siły na couchsurfing, postanowiłam więc znów poszukać wolontariatu. Tym sposobem trafiłam od hostelu One w dzielnicy Sants.

Pracowałam na trzy zmiany:



1. Day shift, czyli poranna aktywność.
Na każdy dzień tygodnia mieliśmy zaplanowaną inną atrakcję, na przykład odwiedzenie parku Guella we wtorek czy tapas w czwartek. Około 12 zbierałam wszystkich chętnych gości i wyruszaliśmy na podbój Barcelony. Na szczęście w Barcelonie sa trzy hostele One i zawsze zwiedzaliśmy całą grupą. Inaczej musiałabym oprowadzać gości z włączonym wujkiem google na telefonie i mapą w ręce. Tak na wszelki wypadek.

Nasza cudowna One mafia <3
2. Party shift, czyli zaszczyt, który kopał mnie niemal codziennie.
Praca, którą jednocześnie kochałam i nienawidziłam. Po południu planowałam posiłek i robiłam zakupy. Na 20:30 wszyscy goście, wolontariusze i pracownicy hostelu spotykali się w kuchni żeby zjeść razem wegetariański obiad. Zazwyczaj było to 20-40 osób, dla których musiałam przygotować tonę jedzenia.
Gotowanie 4 kilogramów makaronu, robienie miliona pierogów czy zapiekanki w dwóch przeogromnych blachach było dla mnie codziennością.

Zapiekanka jeszcze przed włożeniem do piekarnika
Po obiedzie ogarniałam kuchnię i prowadziłam alko-gry.

Mortiz, czyli piwo superbohatera
Około 23:30 Zbierałam gości i razem wyruszaliśmy pić i tańczyć w najlepszych Barcelońskich klubach.
Najgorsze jest to, że jestem młodą emerytką :D i zazwyczaj kładę się spać, kiedy Hiszpanki dopiero robią makijaż przed imprezą.

3. Night shift, ta zmiana zdarzyła mi się tylko raz i to przypadkowo.
Noc spędzona na wpuszczaniu do hostelu pijanych gości i składaniu prania. Wbrew pozorom bardzo lubię pracować w nocy, jest wtedy cicho i spokojnie a ja mam czas na pisanie i naukę. I filmy.

Fajnie wspomina mi się ten wyjazd, więc opowiem Ci jeszcze o kilku wydarzeniach.

Przez kilka dni mieszkał u nas amerykański pisarz książek motywacyjnych. Ma na koncie już z 15 tytułów i dzięki temu może prowadzić życie o jakim ja marzę - tułanie się po świecie z plecakiem.
Pisał akurat kolejną książkę. Dotyczyła ona artystycznej duszy w każdym z nas. Chcąc nam udowodnić, że w głębi duszy wszyscy jesteśmy dzieciakami z nieograniczoną wyobraźnią pewnego dnia przyniósł kilka opakowań plasteliny i zaprosił WSZYSTKICH gości i obsługę.
Efekt? Naćpany król krainy Mayhem (lewy górny róg) wyobraża sobie świat pełen smoków, wielkich kwiatów, wypadków mini samochodów, w których giną wielcy ludzie, itd...


Odkryłam krowosyrenkę!


Jak wiesz, będąc w obcym kraju MUSZĘ spróbować dziwnych lokalnych napojów i smakołyków. Kupiłam więc dwie puszki Vichy Catalan, usiadłam w kuchni przy moich ulubionych Kanadyjczykach i dumna otworzyłam pierwszą puszkę.
Niestety, napój który miał zawierać kilo cukru, niezdrowych barwników i konserwantów okazał się bardzo zdrową i wyjątkowo niedobrą wodą, która ma za zadanie obniżanie cholesterolu i likwidację depresyjnych myśli.
Ale kim bym ja była bez moich depresyjnych myśli?! 


Jedna z wolontariuszek z USA często bywała na Karaibach (znów tam jest i zasypuje nas, biednych śmiertelników wspaniałymi foteczkami). W związku z tym podczas jej party shift ugotowała nam coś z tamtych rejonów. Biały ryż z fasolą, smażonymi platanami i kukurydzą wymieszaną z czymś bardzo dobrym i zielonym. Yuuuum!


W parku Guella spotkaliśmy kosmicznego faceta z gitarą, który śpiewał o miau miau miau dziewczynach i blondynkach, które są mrrrrrr.


Nie wstawię zdjęcia podłego pokoju w piwnicy, w którym spałam. Jestem dosyć odporna na trudne warunki, ale piętrowe łóżko bez barierki (lunatykuję i strasznie się boję spać na górze, kiedy nic mnie nie asekuruje), grzyb na suficie kilkanaście centymetrów od mojej twarzy, a przede wszystkim brak okien były dla mnie bardzo męczące. 
Kolejny minus może wydać Ci się strasznie głupi, ale nie lubię kiedy otaczają mnie tylko native speakerzy bo nie jestem w stanie normalnie rozmawiać w grupie. Śledzenie rozmowy robi się bardzo problematyczne, kiedy używają slangu albo mówią z mocnym akcentem. Kiedy ktoś przechodzi z typowego dla siebie języka na baaaardzo prosty i zaczyna mówić do mnie niesamowicie wolno to czuję się jak idiotka. Szczególnie jeśli zamiast go słuchać, myślę o tym jakim jestem debilem i muszę poprosić go o powtórzenie. 


Szkoda mi kończyć ten Barceloński cykl, ale mam przed sobą kolejną ogromną decyzję. Dostałam propozycję wyjazdu do Chin na kilka miesięcy i sama nie wiem co z tym fantem zrobić.
Chyba muszę się z tym przespać i zdecydować jutro. Albo kiedy indziej.

Pozdrawiam :*

24 komentarze:

  1. Pan śpiewający o miau miau mnie rozwalił :D Odlotowy :)
    No miałaś trochę trudności... ale z ciebie twarda babka!

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj dzieje się :) Jak czytam to aż wysiedzieć nie mogę, jak sobie pomyślę, że jeszcze minimum rok magisterki w jednym miejscu mnie czeka :P już tęsknię do podróży!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki, żeby przez ten rok udało Ci się zaplanować podróż życia :*

      Usuń
  3. Nawet jeśli momentami było ciężko, to myślę, że to super przeżycie :) Jedź do Chin, póki nie ma tam jeszcze wojny :D Uważam, że takie szanse trzeba łapać, jeśli masz możliwość wyjechać i przeżyć coś fajnego, to korzystaj :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Super wspomnienia :) Wow, jak pojedziesz do Chin to już nie mogę się doczekać następnych postów :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak, ten kraj musi być kosmiczny :D
      Niestety decyzja nie jest prosta. Nie mam pojęcia co zrobić :P

      Usuń
  5. Takie wyjazdy na pewno dostarczają masę przeżyć :)
    Chiny? Brzmi ciekawie, dobrze się zastanów.
    Pozdrawiam!

    lublins.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. na pewno świetne doświadczenie :) i wspomnienia :D
    Sandicious

    OdpowiedzUsuń
  7. Ta praca to nie dla mnie, wykończyłabym się;) choć kiedyś się spało w 9 osób w jednym pokoju xD

    OdpowiedzUsuń
  8. zawsze to jakieś nowe doświadczenia, super ! :)

    Pozdrawiam i życzę miłego weekendu :)
    ANRU,

    OdpowiedzUsuń
  9. kosmiczny facet z gitarą przypomina mi trochę facetów w rajtuzach jak to się mój tata śmieje, ale miałam kiedyś w Barcelonie przypadek że stał goły chłop - wszystko widać i sobie zdjęcia z turystami robił za kasę XD Znalazł chłop interes życia. Krowosyrenka jest super :) Kurcze fajny taki wolontariat ale ja bym chyba padła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Omg! Nie wiem czy chciałabym zdjęcie z takim gościem :D kosmos!

      Usuń
  10. Świetne przygody! ;) Chiny to zupełnie inny świat i chyba sama miałabym problem z podjęciem takiej decyzji, ale doświadczenie podpowiada mi, że zawsze warto. ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Kochana, zaazdroszczę CI tego bo jesteś bogata w wspaniałę doświadczenia i masz za sobą niesmowite chwile w podróży . Będąc na Twoim miejscu pojechałabym do Chin, nigdy nie wiadomo czy taka okazja znowu się nadarzy :) Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  12. zdecydowanie zazdroszczę!

    nicoolsblog.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  13. Tona jedzenia!? TO musiało być męczące - ale ja jako zjadacz pewnie byłabym szczęśliwa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście polska kuchnia bardzo wszystkim zasmakowała :D pierogi górą!

      Usuń
  14. Takie wypady są bardzo fajne ;) Po latach będziesz to miło wspominać ;)

    OdpowiedzUsuń

♥ Bardzo dziękuję za każdy komentarz ♥