poniedziałek, 9 stycznia 2017

Wpół do Francji

Komputer odmówił posłuszeństwa, pranie nie wyschło i jeszcze nie zrobiłam zakupów.
Wszystko w normie, w końcu do wyjazdu zostało jeszcze jakieś 13 godzin.


Pakowanie się na ostatnią chwilę stanowi już tradycję.


Niektórym pomaga lista rzeczy, które muszą znaleźć się w plecaku. Ja robię zupełnie na odwrót - wysypuję na podłogę wszystkie ubrania i wybieram te, które mi się przydadzą. Dorzucam kosmetyki, dokumenty i elektronikę. Jeśli coś się nie mieści to obniżam oczekiwania i wyrzucam dodatkowe swetry czy dresy. Czasem jest wręcz odwrotnie i udaje mi się docisnąć jeszcze jakąś koszulkę czy skarpetki.
Brzmi jak chaos i nie zaprzeczam, faktycznie tak to wygląda ale uwierzcie mi, w tym szaleństwie jest metoda. Do tej pory najgorszym brakiem w moim plecaku była szczotka do włosów :)

Pakuję się na ponad miesiąc, więc muszę mieć ubrania na każdą pogodę, trochę kosmetyków i jedzenia. Dodatkowo chciałabym podnieść plecak i nie płakać przy każdym kroku. Na forach znalazłam informację, że plecak powinien ważyć maksymalnie 25-30% idealnej masy ciała. Sam laptop z kablami to już jakieś 5% mojej wagi. Niedobrze.

Pocieszam się, że nie jadę na koniec świata. W razie czego wszystko można znaleźć w sklepie.

Zabieram ze sobą moją cudowną nowiutką kurtkę z Quechua ♥ Jest dobra na zimę, ale można wypiąć z niej polar i nosić jako wiatrówkę, więc będzie idealna na +8*C, które podobno mają na mnie czekać we Francji.
Przy okazji kupiłam też buty turystyczne. Zazwyczaj wyjeżdżałam w zimowych butach o śliskich podeszwach albo w trampkach. W efekcie wywracałam się na każdej choć trochę stromej górce, szczególnie kiedy było wilgotno. Z lodem nie daję sobie rady nawet na płaskiej powierzchni.
Udało mi się nawet przewrócić na Klifach Moheru mało nie żegnając się w ten sposób z życiem.
Co więcej? Mój magiczny komputer chodził ostatnio bardzo wolno, więc biedaczysko przeszedł format. Chyba mu się to nie spodobało ponieważ teraz chodzi znacznie, znacznie wolniej i kubek herbaty starcza mi tylko na uruchomienie systemu i wczytanie strony startowej.

Teraz czeka mnie jeszcze krótka noc w rodzinnym domu, podróż do Katowic, dzień w Warszawie, noc na lotnisku, lot do Francji, dzień w Tuluzie i ostatecznie w czwartek wieczorem powinnam znaleźć się w winiarni :)

Do zobaczenia za 2,5 tysiąca kilometrów :*

4 komentarze:

  1. Ciekawe ;) Czekam na posty z Francji :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawa jestem nowych postów z Francji :) Super, że dzielisz się z nami swoimi podróżami :)

    OdpowiedzUsuń

♥ Bardzo dziękuję za każdy komentarz ♥